Niesamowita książka -„Niesamowita Słowiańszczyzna”

„Niesamowita Słowiańszczyzna”, tak zatytułowała swoją najnowszą książkę Maria Janion. Przede wszystkim to książka jest niesamowita. Dlaczego?

Otóż jedna z najwybitniejszych polskich humanistek XX wieku i początku XXI – a niektórzy twierdzą – najwybitniejsza, miała wielką odwagę rozpoczęcia nowej opowieści. Jest to opowieść historiozoficzna i dotyczy Polski.
Ważne, kto tę opowieść snuje, bo decyduje to o wielkości kręgu odbiorców. A snuje ją historyczka literatury, idei i wyobraźni, wybitna znawczyni polskiego i europejskiego romantyzmu, charyzmatyczna nauczycielka. „Polityka”, rozdając na styczniowej gali tego roku „paszporty” wybitnym młodym twórcom, jej czoło przyozdobiła laurowym wieńcem. Wieniec rezerwuje tygodnik najlepszym, niezależnie od wieku, twórcom lub animatorom kultury. Wieniec jest jeden, „paszportów” kilka.
Maria Janion poszła pod prąd. Cytuje Stanisława Lema, który skarżył się, że współczesna kultura jest „szalenie spłaszczona”, cechuje ją kompletna amnezja w stosunku do przeszłości, że nie ma komu podejmować „najcięższych tematów”, jakby strach i bezsilność opanowały prawie 40-milionowy kraj.

I OTO MAMY ODWAŻNĄ

Maria Janion zadaje pytanie o różnorodność świata, przede wszystkim polskiego. Ta urodzona w przedwojennym Wilnie badaczka literatury chce zrozumieć świat. Przed nią romantycy pytali o polskie pradzieje, o Słowiańszczyznę, jej mity, religię. I natrafiali na jakąś niepokojącą pustkę, jakieś – być może – wytarcie historii i mitologii. Były mitologie celtyckie, rzymskie, greckie. A nasze, słowińskie, gdzie się podziały?
Więc profesor Janion zadaje pytanie o początki chrześcijaństwa w Polsce. Jest to najtrudniejsze pytanie, ponieważ podważa powszechnie przyjmowaną opowieść o łacińskich początkach chrześcijaństwa na tym terenie. Drugie z zasadniczych pytań, wynikając z pierwszego, dotyczy stosunku Polaków do Wschodu.
Oba prowokują czytelnika do ucieczki przed bardzo powierzchownymi, wytartymi, tanimi i często nieprawdziwymi schematami, chronią przed pozornymi odpowiedziami, nie wspartymi nawet elementarną wiedzą humanistyczną. Oba, krok po kroku, prowadzą do próby wyjaśnienia problemu polskiej nieustannej szarpaniny między „europejskim pozorem a polską prawdą”. Do wyjaśnienia fenomenu narodu słowiańskiego, który za wszelką cenę chce odciąć swą słowiańską pępowinę.
Jak stworzyć alternatywną opowieść – pyta badaczka – w sytuacji, gdy polskie stare narracje powielają wzory mesjanistyczno-martyrologiczne? One owszem znajdują posłuch, ale na zasadzie inercji poznawczej i przywiązania do stereotypu.
Badaczka stwarza opowieść, sięgając czasów słowiańskiego obrządku, czyli owoców cyrylo-metodiańskiej misji, obecnych na ziemiach polskich od dziewiątego gdzieś do dwunastego wieku. Powołuje się na prace na ten temat znanych w środowisku prawosławnym badaczy – o. Jerzego Klingera, Zbigniewa Dobrzyńskiego, Franka Kmietowicza, ks. Józefa Umińskiego, Romana Mazurkiewicza. Ale też, co cenne, wprowadza do swej opowieści nowych bohaterów – z kręgu literatury.
Taką postacią jest Wacław Aleksander Maciejewski. Wydał on w 1839 roku dzieło, w którym dowodził, że obrządek słowiański rozpowszechnił się w Polsce jeszcze przed wprowadzeniem obrządku łacińskiego. Pisał, że Mieszko I był ochrzczony w obrządku słowiańskim, dopiero potem, pojąwszy za żonę Dąbrówkę, przeszedł na obrządek łaciński, chrzest przyjmując po raz wtóry.
Obraz przeszłości jest zamazany według Maciejowskiego, ponieważ duchowni łacińscy mieli w zwyczaju nazywać poganami zarówno prawdziwych pogan, jak i wyznawców słowiańskiego obrządku. „Jeszcze w XIII wieku Rusinów poganami nazywano” – pisał cytowany przez Janion Maciejewski.
Następne pytanie dotyczy jakiejś wielkiej katastrofy u zarania polskiej państwowości, intuicyjnie przeczuwanej przez romantyków, która właśnie obraz słowiańskich początków uczyniła mglistym. Być może tą katastrofą było powstanie na Mazowszu z lat 30. jedenastego wieku? – wzmacnia pytanie za innymi badaczami Maria Janion. Kto przeciw komu wtedy się zbuntował – poganie, czy ci, którzy należeli do Kościoła słowiańskiego powstali przeciw rzymskiemu katolicyzmowi?
Maria Janion sięga do wywodów Franka Kmietowicza (pamiętamy jego książkę „Kiedy Kraków był Trzecim Rzymem”, Białystok 1994), którego uważa za najśmielszego i najbardziej przekonującego obrońcę istnienia słowiańskiego obrządku. Twierdzi on, że Kazimierz Odnowiciel, przystępując do latynizacji obrządku słowiańskiego na Mazowszu, napotkał na opór wielkorządcy Mazowsza Masława, który nie chciał dwuobrzędowości na swojej ziemi. Ale Masław w 1047 roku nie tylko przegrał, ale i stracił życie.
Jeszcze dalej idzie cytowany w książce Zbigniew Dobrzyński. Sądzi on, że kłamliwi kronikarze zmienili prawowiernemu władcy Mieszkowi III imię na Masław, „wyjmując” go w ten sposób z piastowskiej genealogii, by nie dopuścić „do utrzymania się w pamięci narodu, jak wielkie wpływy posiadał w Polsce Kościół słowiański za panowania Mieszka III – Masława i jego poprzedników”. Według tego samego autora Mieszko III – Masław był legalnym władcą, nie był lennikiem niemieckiego cesarza i wyznawał obrządek słowiański. Obrządek zaś słowiański był wówczas symbolem polskości i niezależności od Niemiec. Kazimierz Odnowiciel „wkroczył do Polski na czele wojsk niemieckich i jako lennik niemieckiego cesarza.” Ruchy ludowe z lat 30. XI wieku nie były więc pogańską reakcją, ale chrześcijańską wyznawców obrządku słowiańskiego przeciw obrządkowi łacińskiemu.
Dalej profesor Janion przywołuje słowa Kmietowicza, który sądzi, że łacinnicy określali cyrylo-metodianizm jako „barbarzyński obrządek”, „chrześcijaństwo skażone pogaństwem”, „fałszywe chrześcijaństwo”, „odchylenie od religii katolickiej”.
Maria Janion przywołuje „Starą baśń” Kraszewskiego, w której bohaterem jest Masław, występujący jako poganin i czarny charakter. Uważa, że „Stara baśń” daje się zrozumieć jako wyzwolenie wyobraźni nie mogącej oswoić „katastrofy rozdarcia tożsamości”. Przywołuje też Stanisława Ignacego Witkiewicza i jego „Niemyte dusze”, w których autor wyznaje, że historia Polski jest pełna pomyłek, wśród nich na pierwszym miejscu wyliczył „przyjęcie chrześcijaństwa i w ogóle kultury z Zachodu, a nie od strony Bizancjum, co było błędem inicjalnym, który zwichnął całą naszą historię i misję narodową.” Stąd ciągłe nasze „szarpanie się między istotnym przeznaczeniem, a skutkami pierwszego potknięcia się”.

NA WSCHÓD OD ZACHODU I NA ZACHÓD OD WSCHODU

Polska, według przytoczonych przez autorkę słów Sławomira Mrożka, leży na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu. Usiłowała jednak myślą swych intelektualistów i potocznym wyobrażeniem – przeważyć szalę na rzecz Zachodu i odciąć się od Wschodu.
Polska, wchodząc w krąg kultury Zachodu, przyswoiła również jej narcyzm – przekonanie o swej naturalnej wyższości nad innymi cywilizacjami. Stąd wyrasta pogarda do Wschodu i dążenie do stałego udzielania mu lekcji.
Polska ze swą rolą nauczycielki wobec Wschodu, głównie Rosji – w jej pojęciu irracjonalnego, archaicznego, zapóźnionego, zacofanego, bezwładnego, nieruchomego – przerosła wszelkie inne narody.
Ta rola to stały element dziejów, czy zyskany na jakimś etapie?
Według prof. Janion rolę tę ukształtował przede wszystkim romantyzm. „Poczynając od romantyzmu, a kończąc na dniach dzisiejszych, widzimy, jak bardzo Polska przypisywała sobie prawo do najostrzejszej krytyki wobec Rosji. Uznawała się za największą znawczynię wszystkich nieprawidłowości Rosji, zarówno Rosji carskiej jak i Rosji sowieckiej. Stale kładła nacisk na to, że Rosja nie należy do Europy” – czytamy w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie”.
Kluczowy staje się romantyczny mesjanizm. Polska, według tej idei, została narażona na szczególne cierpienie i krzywdy, ale to dlatego, że została wybrana przez Boga na ofiarę za inne grzeszne narody. Taki mesjanizm był rozpowszechniony nie tylko w XIX wieku, ale i wielkich opresjach narodowych podczas drugiej wojny czy stanu wojennego w latach 80. Jeśli w takich okresach Polskę podnoszono do rangi anioła, to ktoś musiał być wcieleniem szatana. W XIX stuleciu była nim Rosja przede wszystkim.
Romantyczny obraz Rosji – pisze profesor– jako złowrogiej siły zagrażającej całej Europie od Wschodu, trwał przez cały wiek XIX i nasilił się w propagandzie roku 1920, podczas wojny polsko-bolszewickiej. Autostereotyp polski cechuje poczucie wyższości wobec Moskala, wynikający z przynależności Polski do cywilizacji zachodu, do zachodniej wspólnoty katolickiej.
W obfitej poezji antybolszewickiej w modelowy sposób zarysowuje się przeciwstawienie „Europy” i „Azji”, „Zachodu” i „Wschodu”.
Szczególną rolę w polskim przeciwstawieniu się Rosji odegrała, zdaniem autorki, religia katolicka z centralną postacią Polaka-katolika. Dwudziestolecie międzywojenne sprzyjało połączeniu nacjonalizmu z katolicyzmem.
Ideę Polaka-katolika umacniały czasy PRL. „Polacy czuli, że zasługują na szczególne wyróżnienie swego narodu, gdyż pomimo komunizmu wytrwali w wierze katolickiej”. Jan Paweł II odświeżył w swych kazaniach „stare toposy XIX-wiecznego romantycznego nacjonalizmu” oraz mesjanizmu.

PO CO POLAKOWI RUSKI?

Dla poprawienia samopoczucia – można odpowiedzieć, śledząc dalsze rozważania autorki. „My jesteśmy źli ale oni jeszcze gorsi od nas”. Na nas kończy się Europa i cywilizacja. Dalej jest Azja i barbarzyństwo. „Na rozmaitych płaszczyznach polskiej kultury – zarówno potocznej, jak i naukowej – toczy się podobny proceder usuwania Rosji z horyzontu europejskiego i uznawania jej za „niższą” formę cywilizacji.
Autorka przygląda się obrazowi Ruskiego i Wschodu w polskiej literaturze – u Henryka Sienkiewicza, Ryszarda Kapuścińskiego, Czesława Miłosza, Doroty Masłowskiej, Mariusza Wilka, także w esejach historycznych Jerzego Kłoczowskiego czy Daniela Beauvois.
O Sienkiewiczu mówi słowami Stefana Swieżawskiego, że pisarz to genialny, ale wzorce, które nam zostawił i na których wychowują się bezrefleksyjnie całe pokolenia, są okropne. Pełno w nich pogardy i nienawiści do innych narodów, innych bliskich nam przecież – bo sąsiednich – kultur i religii. „Żyjąc tymi ideałami, nigdy nie staniemy się narodem otwartym, tolerancyjnym, ekumenicznym. Kościół będzie taki, jakie jest społeczeństwo.”
Sienkiewicza Janion uważa za „piewcę imperialnej piękności”. Jest on dzieckiem myśli kolonialnej. Polska kolonizowała tereny wschodnie – Ukrainę i Białoruś, traktując je jako kulturowo niższe i zobowiązane do podporządkowania się „słuszniejszej” polskiej racji. Przywołuje słowa Daniela Beauvois, który o twórczości Sienkiewicza pisze jako o zatrutym ziarnie, które utrwala w młodzieży fałszywy obraz świadomości o rzekomej wyższości Polaków.
Rosja Kapuścińskiego, zdaniem Janion, powiela polskie mity. Jego Rosja jest kolektywistyczna, autorytarna, nacjonalistyczna, znieruchomiała i jako taka przeciwstawiona Europie – indywidualistycznej, liberalnej, patriotycznej – w pełni „ludzkiej i uniwersalnej”.
Wschód Kłoczowskiego jest mierzony miarką Zachodu – na ile do niego dorasta? (o książce Kłoczowskiego „Europa – chrześcijańskie korzenie” pisałam w PP, nr 8/2005. Moje postrzeganie jego eseistyki jest bardzo zbieżne z postrzeganiem prof. Janion). Wschód u Kłoczowskiego wypada więc źle. Zachód jest dynamiczny i jako jedyny daje szansę wszechstronnego rozwoju. A Kościół rzymski, realizując ideały jedności i centralizacji, zdecydował o powstaniu dynamicznego kręgu cywilizacyjnego.
Ale jest i inny obraz Wschodu – u Wilka, Masłowskiej.
Wilk (autor „Wilczego Notesu”) nie jest, tak jak Kapuściński, zachodnim turystą, przemierzającym Wielką Pustkę na Wschodzie. On wybrał wieloletnie wtapianie się w rosyjskie życie gdzieś pod kołem podbiegunowym, na Sołowkach, czyli na prowincji, a jednocześnie w centrum duchowym i politycznym na swój sposób. On chce zrozumieć tamtą rzeczywistość, nie zaś ją oceniać z pozycji oświeconego nauczyciela.
Powieść Masłowskiej Maria Janion odczytuje jako bardzo udaną groteskę. Mówi o ciągłym kształtowaniu naszej zbiorowej pamięci wokół osi, którą stanowi „wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”.

ALTERNATYWNA OPOWIEŚĆ

Do czego zmierza alternatywna opowieść Marii Janion?
Do próby uporania się z pozostałościami odziedziczonej po mesjanizmie megalomanii narodowej. Pozostaje ona w rażącej sprzeczności nie tylko z realną słabością ekonomiczną i polityczną Polski, ale też uniemożliwia zdobycie dystansu wobec siebie, przeszkadza w rezygnacji z pretensji do dominacji, z pogardy i lekceważenia „innych” – pisze autorka. Polska – czytamy dalej – wbrew pobożnym życzeniom i zakłamanym zapewnieniom nie jest dzisiaj krajem wielokulturowym. Właśnie jednolitość patriarchalnego „polokatolicyzmu”, jak go nazwał Kuczok, niechęć do różnorodności, nieumiejętność rozluźnienia megalomańskiej, próżnej polskości, obręcz moralizatorskiej kontroli nad wszystkimi przejawami życia przyczyniają się do bolesnego odczucia kryzysu kultury. Polska jest ubogim, płaskim monolitem, przeważnie narodowo-katolickim. Dlatego tak męczy swoich obywateli.
Janion niepokoi duchowa kondycja Polaków, a raczej przerost roli konsolacyjnego pierwiastka w katolicyzmie. Katolicyzm w Polsce – stwierdza – w dziewiętnastym i dwudziestym wieku był stale zagrożony w swej religijnej i narodowej tożsamości. Traktowany był więc jako pociecha i ucieczka. Według przytoczonych słów Simone Weil: „Religia jako źródło pociechy jest przeszkodą do prawdziwej wiary”. Autorka przywołuje też rozważania Czesława Miłosza, zaniepokojonego zanieczyszczaniem wiary jakimiś „interesami”, „choćby nawet najwznioślejszymi, powiedzmy, narodowymi.” „W Polsce tych „interesów do Boga” było zawsze bardzo dużo, interesów konkretnych, natarczywie wypowiadanych.”
Miłosz – komentuje Janion – powstał przeciw ciągle w Polsce uprawianemu bałwochwalstwu narodu. Uznał robienie użytku z Ewangelii na rzecz Polski za głęboką „nieprzyzwoitość” i oskarżył głównego twórcę mesjanizmu – Mickiewicza – o zapoczątkowanie posługiwania się religią Boga-człowieka, czyli religią Wcielenia po to, żeby wprowadzić kolektywnego Mesjasza.
Książka jest nade wszystko propozycją wyrwania się z zaklętego kręgu polskiej megalomanii. Megalomania nie jest łaskawa. Jest jak tama hamująca ferment w sferze idei.

NASZA KONSOLACJA

Książkę prof. Janion traktuję jako nagrodę dla tych, którzy w Polsce wytrwali przy swej ruskości, wschodniości i prawosławiu. Czołowa polska intelektualistka legitymizuje ich obecność na tej ziemi.
A my? Dzięki tej lekturze głębiej uświadomimy sobie szczęśliwy stan swojej duszy. Ona nigdy nie pozostawała w stanie szarpaniny między Wschodem a Zachodem. Nie pozostawała tak jak polska, katolicka rozdarta, należąc do świata słowiańskiego, a nieustannie, przez stulecia, tęskniąc za zachodnim. A dla duszy spokój jest stanem najcenniejszym. Inaczej grozi jej schizofrenia.

MOJA MARIA JANION

Maria Janion była moim autorytetem, na swój sposób i nauczycielem. I rozdarciem czasów młodości. Fascynowała mnie i niepokoiła jednocześnie gdzieś ćwierć wieku temu. Każda jej książka, wykład, spotkanie natychmiast zmuszały do myślenia, mnożenia pytań, otwierania ścieżek poznawania. Dobrze pamiętam wizytę w jej warszawskim mieszkaniu. Szłam korytarzem wydrążonym w książkach. One, nie znajdując już miejsca na regałach podpierających z każdej strony sufit, tworzyły jakiś lej, wybrzuszany przez kanapy, sofy, krzesła. W środku „leja” stał okrągły stół i dwa wolne krzesła. Słuchałam o Targowicy, rozbiorach i romantykach. Wyszłam jakby ogłuszona silnym zastrzykiem patriotyzmu w wydaniu romantycznym. Polscy intelektualiści budowali wtedy jednoznaczny obraz – Polski zniewolonej. Była to dekada przygotowująca do powstania Solidarności.
Pracę magisterską broniłam u prof. Janion – była jej recenzentką. Zaproponowała mi pozostanie na uczelni. Potem o propozycji przypominała. A ja przez kilka lat pozostawałam rozdarta. Humanistyka jest solą ziemi – powtarzała prof. Janion i przy niej zdawało się to oczywiste i fascynujące. Ale moja ruskość w tamtej atmosferze mogła się wydawać nie tyle solą, ile trucizną. A moje rozdarcie? Ani wtedy, ani nigdy potem nie chciałam pozbyć się swojej ruskości, ale ponad ćwierć wieku temu nie potrafiłam bronić jej intelektualnie. Wtedy nie było jeszcze krakowskiej szkoły slawistyki Aleksandra Naumowa, ani białostockiej historii prawosławia Antoniego Mironowicza. Nie spotkałam jeszcze Jerzego Nowosielskiego, a Leon Tarasewicz był dopiero studentem Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy pierwsze pokolenie prawosławnych próbowało zaczepić się o naukę i sztukę. Dopiero poszukiwało, często intuicyjnie, argumentów na obronę przed zatraceniem własnej tożsamości – prawosławnej, wschodniej, ruskiej. Wejście w świat polskiego romantyzmu wydawało się wtedy niebezpieczne.
Zrezygnowałam z tamtej ścieżki. Wybrałam dziennikarstwo. Nie przypuszczałam, że po latach krąg tych samych pytań będzie nurtował Panią Profesor i moją skromną osobę, że spotkamy się przy pytaniu o początki chrześcijaństwa w Polsce – jak przy studni z żywą wodą.

Anna Radziukiewicz
http://www.przegladprawoslawny.pl/articles.php?id_n=1417&id=8

Reklamy
Categories: NOWOŚCI, PRAWOSŁAWIE DZIŚ, Uncategorized | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: